Znowu wracam do mojego postanowienia o pisaniu bloga.
Trochę mnie stresuje to, że postanowiłam go pisać. Opublikowałam już wpis o tym, że to moje noworoczne zobowiązanie — i teraz wciąż mam w głowie myśl, że już czas na kolejny post. A tymczasem dzieją się inne rzeczy i nie zawsze mam na to czas ani energię.
Z drugiej strony nie zaczęłam pisać bloga z przymusu. Zaczęłam, bo chciałam przelać moje myśli na „papier”.
Ostatnio jednak coraz częściej zastanawiam się, na czym powinnam się skupić. Chcę zmienić pracę albo zacząć własny biznes — może jedno i drugie — ale trudno mi zdecydować, co miałoby to być.
To długi wstęp do myśli, którą chciałam się dziś podzielić.
W moim kalendarzu przeczytałam słowa Seneki:
„Dla żeglarza, który nie wie, do jakiego portu zmierza, niekorzystny jest każdy wiatr.”
Ta myśl jest dla mnie jak wiatr wiejący w żagle z właściwej strony. W mojej obecnej sytuacji motywuje mnie do działania. Jest w mojej głowie i delikatnie, ale stanowczo nakłania mnie do podjęcia decyzji.
Po raz kolejny uświadomiłam sobie, jaką moc mają słowa.
Do tej pory często oglądałam się na mojego partnera. Chciałam, żeby wspierał mnie w decyzjach i uczestniczył w ich podejmowaniu. Teraz czuję, że to ja muszę zdecydować. Wiatr może pomóc, ale to ja trzymam ster.
Zastanawiam się więc, co mnie powstrzymuje. Czy to lęk przed porażką, czy raczej zmęczenie?
Z porażką — wydaje mi się — potrafię sobie poradzić. Po każdej próbie, nawet nieudanej, zostaje doświadczenie. Ono wzbogaca i pomaga w kolejnych próbach albo w świadomej rezygnacji.
Najbardziej drażnią mnie komentarze innych. Szczególnie wtedy, gdy są destrukcyjne albo kiedy nie jestem w stanie ich wcielić w życie. Często inni nie rozumieją moich motywów, choć komentują w dobrej wierze. To bywa frustrujące — zwłaszcza gdy darzę te osoby sympatią i szacunkiem.
Ale nawet komentarze po porażce nie są w stanie powstrzymać mnie przed kolejną próbą.
Mój partner mówi, że zbyt szybko rezygnuję ze swoich pomysłów. Myślę czasem, że gdybym nie miała małego dziecka i więcej energii, nie rezygnowałabym tak łatwo.
Nie ma co ukrywać — bycie mamą prawie siedmiolatki, szczególnie w moim wieku, jest wyzwaniem. Fizycznym.
Nie śpię najlepiej, mój organizm nie regeneruje się tak, jakbym chciała, i często czuję zmęczenie. Dlatego myśl o podejmowaniu nowych wyzwań odkładam w czasie.
Z drugiej strony bardzo lubię zmiany. To, co nowe, z jednej strony paraliżuje mnie stresem przed nieznanym, a z drugiej — ciekawość tego nowego napędza mnie do działania.
Jestem więc w momencie, w którym chęć nowości jest ogromna, a myśl o „wietrze w żagle” dodaje mi energii.
Może teraz najważniejsze jest to, żeby w końcu wybrać port.
Leave a comment