Tak długo nie pisałam. Wiele się działo, byłam zmęczona i – jak to w życiu – nie miałam siły na pisanie. Jednak cały czas miałam w głowie tematy, którymi chciałam się podzielić. Spisywałam je sobie na kartce.
Jednym przemyśleniem chciałam się dzisiaj podzielić. To znowu cytat z mojego stoickiego kalendarza: „Pośpiech upokarza”.
W wiecznym biegu
Nie wiem, jak inni radzą sobie z nawałem spraw, które należy zrobić, i miejsc, w których należy być na czas. Ja często jestem w tzw. biegu. Zbyt późno wychodzę z domu, żeby spokojnie dotrzeć na miejsce. Codziennie rano obiecuję sobie, że wstanę 15 minut wcześniej i wyjdę na tyle szybko, by jechać do pracy bez pośpiechu.
Z jednej strony lubię tę szybką jazdę na rowerze – kiedy ulice są jeszcze puste, nie muszę zwracać uwagi na innych rowerzystów, a dzięki prędkości wpadam w rytm zielonych świateł. Ten pęd oczyszcza mój umysł i daje energię na start. Z drugiej strony, chciałabym móc wybierać szybką jazdę tylko wtedy, gdy mam na to ochotę, a nie z przymusu.
Tak samo jest ze sprzątaniem. Nie lubię sprzątać, ale lubię, gdy jest czysto. Zwykle robię to szybko, automatycznie, według planu. Jednak czasem myślę o moim mieszkaniu – że warte jest tego, by włożyć więcej uwagi i uczucia w dbanie o nie. Szczególnie dbam o rośliny, które nadają wnętrzu życia. Lubię na nie patrzeć i widzieć, jak rosną.
„Mamo, czy musimy biec?”
W pośpiechu nie ma miejsca na uważność. Wiem, jak jest istotna, dlatego staram się ją wprowadzać do codzienności. Szczególnie wtedy, gdy bawię się z córką. Wierzę, że pośpiech i rozproszona energia niszczą jakość relacji.
Moja córka zawsze zauważa, kiedy jestem myślami gdzie indziej. Nie lubi, gdy nie angażuję się w zabawę na sto procent. Zwykle rysujemy razem lub budujemy coś z kartonów. Kiedy jestem zmęczona lub myślę o rzeczach, które muszę skończyć przed wspólnym posiłkiem (zwykle jemy ok. 18:00), nie umiem przestać o tym myśleć. Gdy Gaja o coś prosi, a ja odpowiadam: „za chwilę” albo milczę, zabawa przestaje sprawiać jej satysfakcję. Widzi mój brak zaangażowania i zaczyna bawić się sama. Już mnie nie potrzebuje.
Czasem bywa też tak, że angażuję się bez reszty, mamy super czas, ale nagle przypominam sobie o nastawionym obiedzie. Zrywam się i biegnę do kuchni. Gaja zostaje brutalnie wyrwana ze swojego świata, chce jej się płakać. Ja się tłumaczę, że coś się przypala, a w głowie zostaje mi smutny wniosek: moja córka zapamięta z dzieciństwa, że mama przerywała zabawę w połowie, bo musiała biec do kuchni. Tata jest pod tym względem lepszym kompanem – jeśli się bawi, to jest w tym na sto procent.
Najgorsze jest to, że uczę moje dziecko, iż taki brak uważności jest w porządku. Zauważyłam, że ona także zaczyna się rozpraszać przy niektórych czynnościach. Może po prostu kopiuje zachowania dorosłych?
Jak głośny natręt
Dorośli też oczywiście zauważają nasz pośpiech. Kiedy nie skupiamy się na rozmowie, stajemy się powierzchowni. Zawsze czuję się jak gość, który przyszedł nie w porę, gdy rozmawiam z kimś, kto błądzi myślami gdzie indziej i ciągle się spieszy. Staram się wtedy jak najszybciej skończyć dialog, bo czuję się jak natręt – nawet jeśli ta osoba zapewnia, że ma czas. Skoro ja się tak czuję, inni pewnie czują się podobnie przy mnie.
Z podziwem patrzę na ludzi obecnych „tu i teraz”. W szkole mojej córki są dwie pary rodziców, którzy potrafią jasno skomunikować: „przepraszam, spieszę się, porozmawiajmy innym razem”, zamiast rozmawiać w biegu. Stawiam ich sobie za wzór.
Kiedyś, w mojej pierwszej pracy – miałam wtedy może 25 lat – szef powiedział mi, że jestem „narwana”. Nigdy tak o sobie nie myślałam, ale to właśnie ten sposób myślenia generuje brak skupienia. Minęło kolejne 25 lat, a uważność nadal jest moją słabą stroną.
Najwyżej się spóźnimy
Kiedy jestem spóźniona, wpadam w panikę, jakby od tych kilku minut zależały losy świata. Oczywiście szanuję czas innych, ale ten lęk jest okropny. I najgorsze, że zaczęłam go przekazywać córce. Ostatnio, gdy szłyśmy na zajęcia, zapytała mnie z lękiem: „Mamo, czy jesteśmy spóźnione? Czy musimy biec?”. Zrobiło mi się potwornie przykro.
Zrozumiałam, że to wymaga przepracowania. Mam specyficzny, luźny stosunek do czasu i rzadko spoglądam na zegarek, przez co wychodzę za późno – ale to temat na osobny wpis.
Słowa „pośpiech upokarza” uderzyły mnie tak mocno, że podjęłam decyzję. Przestałam powtarzać córce, że musimy pędzić, bo jest późno.
Trudno. Najwyżej się spóźnimy.
Leave a comment